Książki

Pisz, Kaśka, pisz…

IMG_20181103_203822

Gdy książkoholik spotyka drugiego książkoholika natychmiast zawiązuje się między nimi nić porozumienia i zaczynają weryfikować wzajemnie swoje dokonania czytelnicze.
– A TO czytałeś? Nie? To koniecznie musisz przeczytać! Mogę ci pożyczyć.
– Super, dzięki! Chętnie przeczytam, bo to ponoć bestseller. A ty czytałeś TO? Genialna książka! Też mogę ci pożyczyć.
Tak mniej więcej wygląda dialog dwóch maniaków książkowych, którzy właśnie odkryli siebie nawzajem. Oczywiście, z jednej pożyczonej książki robi się nagle dziesięć, bo dla książkoholika nie ma większej radości niż ta, gdy dzieli się swymi czytelniczymi fascynacjami z osobnikiem sobie podobnym.
I ja tak mam. Więc gdy tylko zwącham się z jakimś równie nieuleczalnym maniakiem czytania jak ja, natychmiast otwieram dla niego podwoje swojej biblioteczki, równie ochoczo przyjmując to, co ten drugi ma mi do zaoferowania.
Tym właśnie sposobem trafiła w moje ręce książka Katarzyny Nosowskiej „A ja żem jej powiedziała”, wydana w tymże roku przez wydawnictwo Wielka Litera (w zamian udostępniłam koleżance z pracy trzy powieści Magdy Stachuli z zapewnieniem, że jest lepsza niż Bonda, którą koleżanka czytała).

W Nosowskiej zakochałam się od pierwszego usłyszenia, gdy tylko pojawiła się wraz z zespołem Hey na polskiej scenie muzycznej. Miałam wówczas 17 lat i Nosowska zachwycała mnie swą barwą głosu, urodą, grunge’owym stylem ubierania się i łatwo przyswajalnym angielskim, w którym śpiewała niektóre piosenki, a ja ucząc się ich na pamięć, uczyłam się jednocześnie całej gamy angielskich słów i zwrotów. A gdy jeszcze w którymś z wywiadów wyczytałam, że Nosowska ma dużą krótkowzroczność i stojąc na scenie bez okularów praktycznie nie widzi publiczności, poczułam, że jest mi prawie jak siostra, gdyż i ja solidnie krótkowzroczną byłam, co sprawiało mi pewien emocjonalny dyskomfort. Skoro jednak Kaśka za nic swą krótkowzroczność miała i mimo niej karierę sceniczną robiła, to i ja zamiast się z powodu ślepoty swej załamywać, postanowiłam traktować ją jako atut, pozwalający mi wybierać, na co chcę patrzeć (wystarczyło zdjąć okulary, by nie widzieć).

I kiedy teraz, po latach, jakie upłynęły od tego nastoletniego zauroczenia wokalistką Hey, zaczęłam czytać Nosowską, już przy pierwszym felietonie stwierdziłam: „Jakbym o sobie czytała… A ona (znaczy się Kaśka) jakby siedziała w mojej głowie…”

Felietony Katarzyny to refleksja nad życiem i światem, nad przetrąconym dzieciństwem, miłością, związkiem mężczyzny i kobiety, przemocą w tym związku, popularnością, zbędnymi kilogramami i przerwanymi dietami, starzeniem się, wiarą w Boga i książkami, z którymi nam nie po drodze. Refleksja czasem śmieszna, czasem gorzka, a czasem tragikomiczna. To wypadkowa Kaśkowej mądrości (wyleżanej, wysiedzianej, wykokoszonej, bo to ulubione formy aktywności Katarzyny N.) i rzadko spotykanego, zwłaszcza wśród tzw. celebrytów (choć Nosowska bynajmniej do nich się nie zalicza, aczkolwiek popularności jej chyba nie można odmówić), dystansu do siebie, do własnych słabości i niedoskonałości.

Książkę Nosowskiej czyta się błyskawicznie. Jeden wieczór z powodzeniem wystarczy. Albo jedna średniej długości podróż pociągiem. I naprawdę nie można się oderwać. A gdy już przeczyta się ostatnie zdanie, to w głowie kiełkuje myśl: „Na pewno będzie kolejna część. Musi być. Bo to absolutnie niemożliwe, żeby Kaśka na jednej książce poprzestała.” Więc pisz, Kaśka, pisz, bo godzina pisania na komputerze to 140 kcal mniej dla Ciebie, a godzina czytania na głos to 105 kcal mniej dla mnie (bo nikt mi nie zabroni czytać książki Twej na głos). Kalorie podaję za „Wyborczą”, bo znając życie, co źródło, to inny przelicznik.

I na koniec garść cytatów z książki „A ja żem jej powiedziała”:

Boję się, że kiedy porzucę ciało, by udać się na wieczne łowy, któraś z bliskich mi osób na pytanie: „Co było najbardziej charakterystyczne dla Katarzyny?”, odpowie bez zastanowienia: „Była jedyną znaną mi osobą, która z nienadużywania ruchu uczyniła sens życia”. Lubię siedzieć, polegiwać, wysiadywać jajo rozczarowania światem w gnieździe uwitym z kołdry. (s. 44)

Praktycznie spałam kalorie w sposób, który nie boli. Dziewięć godzin czytania – około 400 kcal. Leżenie – 372 kcal. Śpiewanie – 1116 kcal! Miałam nosa, wybierając zawód. Aż strach pomyśleć, ile bym obecnie ważyła, gdyby nie te kilkadziesiąt koncertów rocznie… (s. 45)

Nie ma starych książek. Nie wolno się na książki obrażać za to, że ich nie rozumiemy. To tylko nie nasz czas. Poczekajmy cierpliwie, a nuż widelec – nadejdzie ten właściwy. Albo wyswatajmy je z ludźmi, z którymi stworzą wspaniałe związki już teraz. Spokojnie, bez agresji… (s. 75)

Nie masz wpływu na Słońce. Jeśli Słońce cię wkurwia – masz problem. Rozwiąż go w sobie, nie trać czasu na wykrzykiwanie w niebo, zmień reakcję. (s. 79)

Wlej do wanny wrzątku, wsyp dwa kilo żelatyny i zastygnij w powstałej galarecie, do czasu osiągnięcia wymarzonej wagi. (…) Jedyną skuteczną metodą jest dać się wprowadzić w śpiączkę farmakologiczną. Na rok. Dwa – jeśli chciałabym schudnąć na zapas. Galaretę najpewniej bym zjadła. (s. 91/93)

Jedz, co tam uważasz, potem łykniesz tabletkę na zgagę, wzdęcie, trawiebie, zakwaszenie, a na koniec taką, żeby zapomnieć, że żarłaś. (s. 110)

Od jakiegoś czasu nie wstydzę się tego, kim jestem. Znam swoje możliwości. Są zbyt ograniczone, by zawojować świat, ale wystarczające, by być wdzięczna, lubić życie i oddychać swobodnie. (s. 165)

Dagmara

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s