Blogosfera

Co wolno blogerowi?

wordpress-265132_1280

Zasadniczo mój blog = mój cyrk, moje małpy. Czyli nic nikomu do tego, co tu wypisuję. Nikogo do czytania nie zmuszam. Jest tyle innych blogów, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jednocześnie to, co piszę, trafia w przestrzeń publiczną i zaczyna mniej lub bardziej żyć swoim życiem. Pół biedy, jeśli mój wywód dotyczy mało istotnych kwestii, jak na przykład rekomendacja książki czy test kosmetyków. Tu mój subiektywizm i ewentualny brak profesjonalnej wiedzy nikomu nie zaszkodzi. Problem zaczyna się w momencie, kiedy biorę się za tzw. poważne tematy (zdrowie, medycyna, psychologia,  bezpieczeństwo, rozwój małego dziecka, wszelkie formy terapii itp.), które wymagają rzetelnej wiedzy, najlepiej popartej stosownym wykształceniem, albo przynajmniej gruntownym zaznajomieniem się z literaturą przedmiotu. Jeszcze większy problem powstaje, gdy skuszona chęcią zysku, czy to w postaci gotówki na koncie czy w postaci darmowego towaru do przetestowania, który mogę zatrzymać na własność, skłonna jestem opublikować na blogu tzw. post sponsorowany, zachwalający dany produkt pod niebiosa, zgodnie z wytycznymi producenta czy sprzedawcy, nawet jeśli te wytyczne są oczywistym kłamstwem. I co gorsza kłamstwem mogącym mieć opłakane konsekwencje dla czyjegoś zdrowia, bezpieczeństwa czy prawidłowego rozwoju.

Taka sytuacja miała niedawno miejsce na jednym z parentingowych blogów. Choć nie wiem, czy jest to w gruncie rzeczy blog parentingowy, czy należałoby go raczej nazwać reklamowym, gdyż większość postów to rekomendacje różnych produktów dla dzieci. W jednym z postów autorka zachwala niejaki „skoczek Ocean” (czyli tzw. sprężynującą huśtawkę) jako cudowną zabawkę, która uszczęśliwi dziecko powyżej 6 miesiąca życia, a rodziców wbije w dumę, że taki cudowny „wspomagacz rozwoju” swemu dziecku zafundowali (w tym momencie oczywiście mocno ironizuję).
Blogerka rekomenduje produkt jako „świetne rozwiązanie, jeżeli chcemy urozmaicić dziecku zabawę oraz dostarczyć dodatkowych doznań sensorycznych, które wpływają pozytywnie na rozwój zarówno samego mózgu jak i zmysłu równowagi. Dzięki funkcji kołysania zabawka stymuluje od pierwszych miesięcy życia, co jest kluczem do prawidłowego rozwoju na późniejszych etapach życia dziecka.”
Tymczasem tego typu zabawkom wszyscy ortopedzi, fizjoterapeuci i specjaliści od integracji sensorycznej mówią zdecydowane „nie”. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie m.in. tutaj.

cms-265128_1280

Oczywiście, mogło się tak zdarzyć, że autorka bloga nie miała zielonego pojęcia, iż tego typu gadżety raczej dzieciom szkodzą niż pomagają. Trudno oczekiwać, by każda matka tylko dlatego, że jest matką, posiadała wiedzę z zakresu pediatrii, fizjoterapii i psychologii rozwojowej dziecka. Ot, spodobał się dziewczynie skoczek, pomyślała, że będzie fajnym elementem wyposażenia dziecięcego pokoju, a skoro producent zapewnia, że taki prorozwojowy i stymulujący, to tym bardziej trzeba go mieć i jeszcze innych zachęcić do zakupu. I zaprawdę byłabym w stanie wybaczyć blogerce ignorancję, bo sama jeszcze parę lat temu nie byłam mądrzejsza w tym temacie. Ale kiedy pod postem zaczęły się pojawiać komentarze z rzeczowymi argumentami przeciwko tego typu zabawkom, w tym także i mój ( i nie były to komentarze hejterskie!), a blogerka te komentarze migusiem, jeden po drugim, zaczęła usuwać, nawet nie próbując z nimi polemizować, to moja wyrozumiałość względem tejże szybko wyparowała. Bo przecież mogła się do tych krytycznych komentarzy odnieść, nie tracąc twarzy. Mogła napisać coś w stylu: „Ok, może i macie rację, ale mnie się ten skoczek podoba, chcę go mieć, chcę, by bawiło się w nim moje dziecko, to mój wybór i moje ryzyko, pozwólcie mi decydować samej”. Pewnie pomyślałabym o niej wtedy: „Ot, kolejna przemądrzała mamuśka, która wszystko chce robić po swojemu”. Ale autorka bloga postanowiła iść w zaparte w zaprzeczaniu oczywistej oczywistości i usuwać niewygodne komentarze. Może się przestraszyła, że zleceniodawca nie zapłaci za post albo każe zwrócić skoczek, jeśli zobaczy tyle negatywnych komentarzy pod tekstem. Naprawdę nie wiem, co kobietą kierowało. Ale strasznie słabe to było. I zniechęciło mnie na wieki wieków do tej pani i jej bloga. A przy okazji skłoniło też do refleksji nad kwestią sprzedajności blogerów i ich odpowiedzialności za przekazywane za pośrednictwem bloga treści. Wolno im w żywe oczy kłamać czy nie wolno? Wolno podważać niezaprzeczalne fakty czy nie wolno? Wolno rekomendować produkt zły jako dobry? Wolno zysk przedkładać nad dobro innych? Wolno nie kierować się żadną etyką? Powiecie, że reklamy w telewizji też kłamią, a nikt z tego afery nie robi. Jasne. Tylko reklamy z natury rzeczy nie są interaktywne, nie mamy możliwości komentowania ich on line. A bloger, publikując post i nie wyłączając możliwości dodawania komentarzy, wyraża gotowość do konfrontacji z opinią czytelników, także tą krytyczną. Pewnie, że to nic miłego usłyszeć, że komuś nie podoba się to, co napisaliśmy. Pewnie, że nasza miłość własna ucierpi, gdy ktoś zarzuci nam kłamstwo czy głupotę. Ale mimo to warto być blogerem z zasadami, odpowiedzialnym za swoje słowa, także te nie do końca właściwe czy prawdziwe. Bo inaczej marny nasz blogerski los. Takie jest moje zdanie w tej kwestii. A Wasze???

Dagmara
wordpress-588495_1280

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s