rodzicielstwo

Jak zostałam matką jaskiniową

gorillas-1097143_1280

Pora opowiedzieć Wam trochę, jak się sprawy mają z moim macierzyństwem. Bo przecież nie będę udawać, że nie ma tematu, skoro temat, już prawie czteroletni, biega po domu i każdego dnia wystawia moją cierpliwość na próbę.

Matką-Polką zostałam późno, bo w wieku 37 lat. Dlaczego tak późno? Bo najpierw długie lata nie czułam instynktu macierzyńskiego, potem nie było odpowiedniego kandydata na ojca, a gdy wreszcie kandydat się znalazł i we mnie instynkt macierzyński nikły, bo nikły, ale się pojawił, to nie od razu w ciążę zajść się udało. Właściwie byłam przekonana, że w ogóle się nie uda. Mentalnie nastawiałam się już na peregrynację po specjalistach, badania, leczenie i być może nic z tego. Nie, do in vitro by nie doszło. Aż tak zdeterminowana, żeby zostać matką, nie byłam. I bynajmniej z moralnego punktu widzenia nie mam żadnych oporów co do in vitro. Podziwiam kobiety, które chcą przez to przechodzić. Bo jak wiadomo, in vitro nie daje stuprocentowej gwarancji, że zostanie się matką. Ale mocno rozbudza nadzieję. I gdy potem, po iluś nieudanych próbach ta nadzieja zostaje pogrzebana, to jest to naprawdę straszne.

Moje 37 lat w chwili wydania na świat pierwszego dziecka to w dzisiejszych czasach żaden ewenement, zważywszy na spory odsetek kobiet w wieku 40+ zachodzących w swoją pierwszą ciążę, o ciążach kobiet 50+ nie wspominając. Ale z medycznego punktu widzenia, czy mi się to podoba czy nie, zostałam zaliczona do starych pierworódek. I statystycznie rzecz biorąc byłam w grupie podwyższonego ryzyka w zakresie patologii ciąży, komplikacji okołoporodowych oraz występowania u dziecka wad wrodzonych i chorób o podłożu genetycznym. Na szczęście udało mi się przetrwać ciążę bez większych perturbacji i urodzić zdrowe dziecko. Do swoistej patologii zaliczyć mogę jedynie znikomy przyrost wagi w ciąży, bo zaledwie 6 kg (patologia-marzenie, co?), a do komplikacji podejrzenie hipotrofii płodu i wysokie ciśnienie w ostatnim tygodniu przed rozwiązaniem, który w związku z powyższym spędziłam na oddziale patologii ciąży. Ciśnienie udało się obniżyć przy pomocy tabletek, a hipotrofia w sumie nie została potwierdzona i jak na moje fizyczne możliwości dziecko o wadze urodzeniowej 2890 g okazało się „całkiem sporym dzidziusiem” – taki komentarz padł z ust pani doktor dokonującej cesarskiego cięcia. Cięcie miałam ze wskazań okulistycznych. I powiem szczerze, że było mi to na rękę. Jakoś nigdy nie pociągał mnie poród siłami natury. Ale nie będę się tu wdawać w niuanse związane z tą kwestią. Może kiedyś jeszcze wrócę do tego tematu.

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć, jak zostałam matką jaskiniową.

Zważywszy na to, że całą ciążę i poród „odbyłam” mieszkając w Warszawie, a więc w środowisku wielkomiejskim, aspirującym do bycia środowiskiem nowoczesnym i postępowym, mogłam zostać matką-gadżeciarą. To dziś dość popularny model rodzicielstwa, szczególnie w dużych miastach. Matka-gadżeciara nie wyobraża sobie funkcjonowania jako matka bez najróżniejszych wynalazków, rzekomo ułatwiających rodzicielskie obowiązki i sprzyjających rozwojowi dziecka. Zaopatruje się więc w elektroniczną nianię, tłumacz płaczu, trener snu, cyfrowy podgrzewacz do butelek albo ekspres do mleka, wibrujący fotelik, interaktywną matę edukacyjną, zaawansowany technologicznie wózek wielofunkcyjny, kubek treningowy 360°, smoczek z aplikatorem leku, smoczek-termometr, butelkę mimijumi, misia szumisia i tym podobne cuda, które mają jedną, niepodważalną cechę wspólną – są drogie albo cholernie drogie.

Tymczasem ja, prosta dziewczyna z małego miasteczka, z umysłem odpornym na wielkomiejski styl życia, pomyślałam sobie, że moja córka urodzi się, nie mając absolutnie żadnej świadomości, jaki stopień zaawansowania osiągnęła ludzka cywilizacja. Jej ewolucyjna pamięć zatrzymała się na poziomie jaskini. Jedyne, czego potrzebuje, to pożywienie i ochrona. Tego nie zapewnią jej grające karuzelki, lampki wyświetlające gwiazdki na suficie i elektroniczne nianie. To zapewnić może jej tylko matka. I to matka, której ewolucyjna pamięć w zakresie macierzyństwa również zatrzymała się na poziomie jaskini.
Wsłuchałam się więc w ten pierwotny głos w sobie i zostałam matką jaskiniową, czyli matką, która przede wszystkim karmi i chroni.
W praktyce oznaczało to dostępność piersi 24 h na dobę (taki mleczny CPN, z którego moja pociecha korzystała bez wytchnienia, dniem i nocą, w różnych miejscach i okolicznościach) oraz wspólne spanie.
Wyobrażacie sobie dziecięce łóżeczko w jaskini albo w murzyńskiej chacie? Wiem, wiem, dziecko powinno spać w swoim łóżeczku, bo jak się przyzwyczai spać z nami, to mu tak do 18 roku życia zostanie albo i dłużej! Takie larum podnoszą na różnych forach internetowych tzw. matki-treserki, zwolenniczki sztywnych zasad opiekuńczo-wychowawczych, dzięki którym dziecko do niczego się nie przyzwyczai. Jakby przyzwyczajenie było czymś złym. Przecież całe nasze życie składa się z mniejszych lub większych przyzwyczajeń, dzięki którym czujemy się w tym nieobliczalnym świecie względnie bezpiecznie.
Pewnie, że fajnie byłoby się wyspać bez ssaka podłączonego do piersi. Ale z drugiej strony, gdybym miała za każdym razem zwlekać się z łóżka na karmienie, to prawdopodobnie nie spałabym wcale albo tak mało, że wyzionęłabym ducha po kilku dniach, gdyż na brak snu jestem wyjątkowo wrażliwa. Śpiąc z córką, dawałam jej stały dostęp do piersi, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. I naprawdę nie miałam najmniejszych obaw, że ją przygniotę czy zaduszę. W sposób instynktowny przestawiłam się na czujny sen, tak, żeby od razu przytomnie reagować na ruch dziecka czy jego próby przyssania się do piersi. Ja, matka jaskiniowa, miałam pewność, że moje małe jaskiniątko śpi mocno i spokojnie w poczuciu absolutnego bezpieczeństwa, a zdrowy sen, jak wiadomo, jest konieczny do prawidłowego rozwoju mózgu. Z tego samego powodu także i w dzień towarzyszyłam mojej dziewczynce podczas drzemek – ona spała sobie przy cycu, a ja w tym czasie czytałam książki albo spałam razem z nią.
Dziś już drzemki w ciągu dnia zdarzają się sporadycznie, ale jeśli się zdarzają, to tylko przy mamie. Pociąganie z cyca też już się zdarza sporadycznie, ale się zdarza. I bardzo proszę nie mówić mi, że to chore. Mam swój zdecydowany pogląd na ten temat i absolutny brak poczucia, że tak długie karmienie jest czymś nienormalnym. To MÓJ wybór. I mojego dziecka. Jedno jest pewne – dziecko jaskiniowe nie przeżyłoby, gdyby matka karmiła go piersią tylko przez 6 miesięcy czy nawet przez rok. A jeśli chodzi o nocny sen, to nadal śpimy razem. I jest to dla mnie coś tak naturalnego jak oddychanie.

Wyrazem pierwotnego instynktu matki, by dziecko ogrzewać i chronić, dając mu poczucie bliskości i bezpieczeństwa, była również decyzja o noszeniu córeczki w chuście. Nie ukrywam, próbowaliśmy z wózkiem, ale miała do niego tak negatywny stosunek, że zazwyczaj i tak kończyło się wzięciem jej na ręce. Pół biedy, gdy na spacer szliśmy we dwoje z mężem. Wtedy on zwykle niósł córkę, a ja pchałam wózek. Czasem, gdy zasnęła na rękach, udawało się ją odłożyć do wózka, ale nigdy nie pospała tam zbyt długo. Kiedy od czwartego miesiąca życia Rozalki zaczęliśmy przygodę z chustą, która trwała mniej więcej do drugiego roku życia (mimo iż nóżki były już w użyciu), nastała era satysfakcjonujących obie strony spacerów – mała zazwyczaj zasypiała po kilku pierwszych metrach, a ja mogłam rozkoszować się własnymi myślami. A ile razy w domu się krzątałam z dziecięciem słodko śpiącym w chuście. Chusta to naprawdę jeden z najcudowniejszych wynalazków dla rodziców! I bynajmniej nie cywilizowanej Europie go zawdzięczamy…
adult-1866540_1280Nie odkryłam Ameryki z tym rodzicielstwem jaskiniowym. To nic innego jak rodzicielstwo bliskości (polecam książki Williama i Marthy Searsów oraz Krzysztofa i Natalii Minge, a także książki i bloga Agnieszki Stein), czyli rodzicielstwo instynktowne, bazujące na tym, w co wyposażyła nas matka natura, a co tak skutecznie zagłusza w nas cywilizacja. Ja na swój własny użytek nazwałam je rodzicielstwem jaskiniowym, bo w końcu z jaskini wszyscy jako ludzkość wyszliśmy, więc stamtąd też wywodzą się nasze pierwotne instynkty.
I wcale nie jest tak, że bezkrytycznie przyjmuję wszystkie idee rodzicielstwa bliskości. Dziś, po prawie czterech latach bycia mamą, czasem ogarniają mnie wątpliwości, czy w pewnych kwestiach to aby na pewno właściwa droga. Ale o tym już może w innym poście. Bo znów elaborat mi wyszedł, choć zawsze planuję, że tym razem będzie krótko.

I żeby nie było wątpliwości – nie potępiam matek-gadżeciarek ani matek-treserek. Po prostu mi z nimi nie po drodze. Każdy ma prawo do bycia takim rodzicem, jakim chce być. Byle robiąc to, co robi, czuł się w zgodzie ze sobą i wychował szczęśliwe dziecko.

Dagmara

 


Reklamy

8 thoughts on “Jak zostałam matką jaskiniową

    1. Dziękuję, Natalio! Gdybym nie została matką, pewnie nigdy nie przekonałabym się, jakie poczucie wyzwolenia daje odwrócenie się plecami do cywilizacji i robienie tego, co instynkt i intuicja podpowiadają. Pozdrawiam serdecznie! I zapraszam na bloga!

      Polubienie

    1. Dziękuję za miłe słowa 🙂 A Twoja córka jaki ma argument – że dziewczyny mają pierwszeństwo? 😉 Całkiem serio zaś – pomyślałam sobie kiedyś, że skoro my dorośli chcemy spać z osobą, którą kochamy (mężem, żoną, partnerem, partnerką), to dlaczego odmawiamy tego prawa dzieciom? Przecież dla nich najbardziej ukochaną osobą jest mama. Nieludzkim jest kazać spać dziecku osobno. A Tobie można pozazdrościć, że nastolatka nadal ma mamę na piedestale! Pozdrawiam serdecznie!

      Polubienie


  1. https://polldaddy.com/js/rating/rating.jsŚwietny post. Ja karmiłam moją córkę 27 miesięcy, ludzie różnie reagowali, więc ignorowalsm ich opinie ( „przecież tam nic nie ma”), albo nie przyznawałam się , aby nie czuć obowiązku tłumaczenia. Gdyby nie ówczesne problemy , zapewne karmilabym dluzej. Bywałem zmęczona, ale to był naprawdę cudowny czas. A teraz moja ponad 8 letnia córka śpi ze mną i też nic nie robimy sobie z uwag osób, które uważają to za nienormalne. Wiem, że przyjdzie czas, gdy zatesknię za tymi naszymi przytulanymi nocami. Dzieci szybko rosną. Skoro Ona czuje się tak bezpiecznie, to co mnie obchodzi, co o tym sądzą postronne osoby? Pozdrawiam i dziękuję za ten wpis, który bardziej każe zaufać intuicji niz „super niani” i złotym radom z poradników.

    Polubienie

    1. Dziękuję Ci, Zuzo! Cieszę się, że nie jestem osamotniona w swoim jaskiniowym rodzicielstwie 🙂 Masz absolutną rację – dzieci tak szybko rosną i wymykają nam się z rąk, że trzeba rozkoszować się każdą chwilą bliskości z nimi. A karmienie piersią daje poczucie bliskości totalnej. Dla mojej córki mleczko z piersi wciąż jest pyszne, więc jak mogę ją tych pyszności pozbawić 😉 Pozdrawiam serdecznie!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s