Bez kategorii

W tym roku nie czekam na wiosnę

branch-277735_1280Wiecie, że z czekania na wiosnę można wyrosnąć? Mnie właśnie coś takiego się przydarzyło. Widocznie, im człowiek starszy, tym wiosna jest mu mniej do szczęścia potrzebna. Ale po kolei.
Urodziłam się w styczniu, więc pierwszą porą roku, z jaką się zetknęłam, była zima. Taka z prawdziwego zdarzenia, mroźna i śnieżna. Bo wtedy takie zimy to była normalka. Na starych fotografiach leżę na sankach opatulona w śpiworek i w ten sposób odbywam zimowe przechadzki. I oczywiście nie mam zielonego pojęcia, że istnieją cztery pory roku, a to, co aktualnie przesuwa się przed moimi oczami, to zima.

Kiedy trochę podrosłam i zaczęłam przemierzać świat na własnych nogach, zima przestała mi się podobać. Zaczęłam ją kojarzyć wyłącznie z przemarzniętymi stopami i gryzącymi wełnianymi rajtuzkami, które ubierała mi mama. Harce na śniegu w ogóle mnie nie interesowały, bo śnieg był przecież mokry i zimny. Do sanek pociągu nie miałam, obawiając się upadków i połamania swych wątłych kończyn. Jeśli dodać do tego moją nadzwyczajną chorowitość, ciągłe przeziębienia i anginy, to nie ma się co dziwić, że zima nie była moją faworytką.

Gdy wkroczyłam w okres szkolny, ulubioną porą roku stało się lato, głównie ze względu na wakacje, mimo że do szkoły lubiłam chodzić. Ale wakacje to było ciepło, słońce, chodzenie spać o której się chciało i wstawanie o której się chciało. To były wyjazdy do dziadków na wieś (pociągiem!), zabawy z kuzynkami i koleżankami, odkrywanie tajemnic strychu i starego dworu, w którym dziadek był stróżem, kąpiele w rzece i pod wodospadem (choć niewielki, wydawał się jak Niagara), psy i koty na wyciągnięcie ręki. Zupełnie inny świat. Więc lato długo było moim numerem jeden. Zwłaszcza, że w epoce mojego dzieciństwa lata były takie jak trzeba, czyli umiarkowanie gorące, trzydzieści kilka stopni maksymalnie, więc szło wytrzymać.

Kiedy wkroczyłam w okres dorastania i hormony zaczęły we mnie buzować, ulubienicą kochliwego podlotka stała się oczywiście wiosna. Ach, jak się czekało na te pierwsze cieplejsze dni, ten powiew łagodnego wiatru, zapach bzu, dziewiczą zieleń roślinności. Jak się czekało, żeby w końcu zrzucić z siebie te bezkształtne kilogramy zimowej odzieży i założyć sukienkę albo spódnicę, lekkie sandałki i w gołych nogach móc wyjść na miasto. I oczywiście na miłość się czekało. Wielką i nieskończoną. Bo wiosną po prostu trzeba było się zakochać. Ja oczywiście zakochiwałam się częściej, na ogół platonicznie. I bez względu na porę roku. Wiosną jednak czułam szczególne przynaglenie w tym temacie.
Z największym sentymentem wspominam wiosny w czasach studenckich we Wrocławiu. Spacery na uczelnię przez Ostrów Tumski, magiczny o każdej porze dnia i nocy. Spacery po Parku Szczytnickim. Spacery wzdłuż Odry. Upajający zapach miasta po deszczu. Do dziś mam przeświadczenie, że wiosna nie pachnie nigdzie tak pięknie jak we Wrocławiu. W czasach studenckich lato oczywiście też było pożądaną porą roku, zwłaszcza że studenckie wakacje trwały aż trzy miesiące. Wtedy zaczęłam jeździć na kolonie jako wychowawca, co było okazją, żeby zarobić parę złotych, a przy okazji zobaczyć nowe miejsca, poznać nowych ludzi. Albo się zakochać…

Kiedy skończyłam studia i zaczęłam pracę w szkole, lato ze względu na wakacje pozostało moją ulubioną porą roku. Choć oczywiście dużo fajniej byłoby móc wziąć urlop przed sezonem wakacyjnym albo tuż po nim i uniknąć w ten sposób tłumów nad morzem i w górach. Po dziesięciu miesiącach pracy w szkole ostatnią rzeczą, o której się marzy, jest tłum ludzi wokół siebie. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – podobno. Na szczęście należę do osób, które nie mają parcia na ekskluzywne wyjazdy wakacyjne, nie dla mnie tropiki i piaski Sahary, bez Bałtyku i Krupówek też obchodzę się bez uszczerbku dla własnego poczucia relaksu. Wystarczy mi pobyt w rodzinnym miasteczku na Dolnym Śląsku albo u teściów na Śląsku Cieszyńskim.

Odkąd jestem na urlopie wychowawczym i wakacje straciły rangę najbardziej pożądanych miesięcy w roku, swój powab straciło też dla mnie lato. Po pierwsze dlatego, że z roku na rok jest coraz bardziej upalne. A im jestem starsza, tym coraz gorzej upały znoszę. Po drugie dlatego, że w lecie moja zaciszna wieś, dokąd uciekłam od zgiełku świata, przeżywa oblężenie letników ze stolicy, którzy przywożą ze sobą nonszalancję dla zasad współżycia społecznego, czyli jak impreza to do białego rana i tak, żeby cała wieś słyszała, a jak śmieci, to do lasu albo przydrożnego rowu, plus natężenie ruchu samochodowego na głównej drodze we wsi jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Jeśli dorzucić do tego jeszcze muchy, osy, komary i kleszcze, które w lecie przeżywają apogeum swojej aktywności, stwierdzam, że lato lubię coraz mniej, a gdy słupek termometru dobija 40 stopni, to w ogóle lata nie lubię.

Lubię za to coraz bardziej jesień i zimę. Pory roku, które do tej pory traktowałam po macoszemu. Bo wydawało mi się, że nic sensownego nie wnoszą w moje życie. Jedynie dyskomfort termiczny, spadek energii i witalności, konieczność nakładania na siebie niezliczonych warstw odzieży (co zwykłam nazywać bałwanizacją), swędzenie głowy pod czapką, spierzchniętą skórę na dłoniach, dzień tak krótki, że z niczym zdążyć nie można i przyrost tkanki tłuszczowej na brzuchu w skutek zwiększonego spożycia słodyczy, rzekomego antidotum na jesienno-zimową chandrę.
Tymczasem im jestem starsza, tym bardziej jesień i zima współgrają z moim poziomem energii witalnej, nastrojem, potrzebami emocjonalnymi i życiowymi. Lubię, gdy szybko robi się ciemno, bo wtedy i ja – podobnie jak cała przyroda – bezkarnie mogę zwolnić bieg. Poza tym nadmiar słońca od dawna męczy moje oczy i układ nerwowy, więc krótkie jesienno-zimowe dni to dla mnie wytchnienie. Cieszy mnie to, że po kilku miesiącach chodzenia z gołymi nogami, a co za tym idzie skrupulatnego tychże nóg golenia i paznokci u stóp malowania, mogę w końcu nie golić i nie malować, bo rajstopy, spodnie i pełne buty skryją tę niedopuszczalną według niektórych niedbałość. A ja z wiekiem coraz leniwsza jestem w kwestii własnego wyglądu. Lubię mieć nogi ogolone i paznokcie u stóp pomalowane, ale nienawidzę tracić na to czasu. Wolę książkę poczytać. Tak to już z nami intelektualistkami jest.
A te grube warstwy odzieży, które wcześniej tak mnie irytowały, nagle stały się miłe ciału, dające poczucie przytulności i bezpieczeństwa. Bo przecież tych wałków tłuszczu na brzuchu pod luźnym swetrem i szeroką kurtką nie widać, więc brzucha nie trzeba wciągać, tylko można z bezczelnie wydętym sobie chodzić. A pod czapką nieumyte włosy (bo lenistwo i tu wzięło górę) schować i o fryzurze w ogóle nie myśleć. I kalosze można zakładać prawie codziennie, a to dla mnie najwygodniejsze i najpraktyczniejsze obuwie. I kiedy deszcz pada, też lubię, bo bez wyższej konieczności nie muszę z domu wychodzić. A jak przyjemnie wtedy na płonący ogień w kominku się pogapić. Gdy mróz siarczysty w zimie nastanie, to też żadna siła mnie z chałupy nie wygoni. Za to kiedy śniegu nawali pół metra, a tegoroczna zima była pod tym względem bardzo łaskawa, to zachwyt bezbrzeżny mnie ogarnia, kiedy patrzę na te śnieżne czapy na drzewach i tę biel dookoła, niepokalaną przez sól, piasek, koła samochodów i psie kupy.

Za płotem własnego ogrodu mam szmat ziemi niczyjej (formalnie to ona pewnie czyjaś jest, bo w tym kraju każdy kawałek ziemi musi być komuś przypisany), która po trosze jest piaszczystą pustynią, po trosze akermańskim stepem, po trosze łąką, a przy tym jedynym miejscem w całej wsi, gdzie zimą można z niewielkich wzniesień zjeżdżać na sankach albo na torbie z Biedronki, ewentualnie na brzuchu bądź pupie. Dwa ostatnie z tych sposobów preferuje moje dziecko. Ja wolę torbę z Biedronki.
I to miejsce przywróciło mi radość z zimy i zabaw na śniegu. Nawet lekki mróz, tak do -10 stopni, mnie nie odstrasza. Więc kiedy w tym roku pod koniec lutego śnieg definitywnie stopniał i zrobiło się podejrzanie wiosennie, odczułam dziwny dyskomfort. Pierwszy raz w życiu perspektywa zbliżającej się wiosny mnie nie ucieszyła. Jak sobie pomyślałam, że się będę musiała z tych wszystkich swetrów, polarów, kurtek, szalików i czapek rozkutać, kiedy tak mi w nich dobrze, przytulnie, bezpiecznie, to niechęć w sobie do tego ciepła i do tej wiosny poczułam. Jak dla mnie to zima mogłaby jeszcze cały marzec potrzymać, śniegiem znów sypnąć, mrozem przymrozić. Drzewiej przecież takie długie zimy bywały. Teraz nawet kotom się poprzestawiało i już na przełomie stycznia i lutego zaczęły swoje amory.

A ja z wiekiem coraz bardziej tęsknię do normalności, do typowych czterech pór roku, do deszczowego lipca i siarczyście mroźnego lutego, do śniegu na Boże Narodzenie i bazi na Wielkanoc, do bzów w maju, lip w lipcu i wrzosów we wrześniu, do kotów marcujących w marcu i halnego tylko w górach, do lasów, które są zielonymi płucami, a nie biznesem drzewnym, do Tatr bez kolejek na Giewont i Kasprowego bez panienek w szpilkach. Tęsknię do świata niepostawionego na głowie. Wiem, że utopijna to tęsknota. Dlatego robię, co mogę, żeby choć trochę ją złagodzić. No i naprawdę pierwszy raz w życiu nie czekam na wiosnę. Nawet jeżeli nieczekanie na wiosnę wydaje się komuś głupie i bez sensu.

Dagmara

forest-69603_1280
Enter a caption
Reklamy

3 thoughts on “W tym roku nie czekam na wiosnę

  1. ja czekam na wiosnę! dosyć mam kurtek, rajstop pod spodniami i wiecznego szukania rękawiczek. 🙂 co prawda po nocach się martwię, że jak się odbałwanizuję (cudowne!) to na jaw wyjdzie, że zdecydowanie za bardzo pocieszałam się w zimie słodyczami… ale trudno, biorę to na klatę:) naprawdę co roku zaskakuje mnie to, jak bardzo nie mogę się jej doczekać 🙂

    Lubię to

  2. a ja lubię zmieniające się pory roku, zmiany widoków za oknem. Lubię wiosnę, tą jej świeżość, powiew innego już nie przeszywającego do szpiku wiatru. Lubię i lubić chyba zawsze będę. Pomimo, że już trochę tych wiosen przeżyłam 🙂

    Lubię to

    1. Ja też lubię, gdy zmiany pór roku są wyraziste. Ostatnimi laty jednak wygląda to tak, że jesień, zima i wiosna zlewają się wizerunkowo w jedno. Więc może dlatego ta wiosna nie robi na mnie aż takiego wrażenia jak kiedyś. Chciałam też zwrócić uwagę w moim poście, że różne nasze upodobania, w tym wypadku co do pór roku, mogą się diametralnie zmienić wraz z wiekiem. Ale ta zmienność jest bardzo pozytywnym doświadczeniem, bynajmniej dla mnie 🙂 Pozdrawiam, Asiu! I zapraszam na „Krzesełko”!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s