Książki

Jak poznałam Beksińskich

img_20170221_132102Zakochałam się. Nie, nie w Beksińskich! Zakochałam się w pisarstwie Magdaleny Grzebałkowskiej. Najpierw przeczytałam książkę „1945. Wojna i pokój”. Tak mi się spodobała, że szybko pobiegłam do biblioteki po dwie kolejne – o księdzu Twardowskim („Ksiądz paradoks”) i o Beksińskich („Beksińscy. Portret podwójny”). I mam nadzieję, że autorka pracuje już nad jakąś nową książką, bo jeśli tylko na tych trzech miałaby poprzestać, to ja się tak nie bawię!
I wiecie, co? Gdybym była znaną osobą, zapisałabym w testamencie, że życzę sobie, by moją biografię napisała pani Grzebałkowska. I niechby się nawet dogrzebała do rzeczy kompromitujących. Nawet specjalnie mogłabym się dla niej skompromitować. Byle tylko wzięła pod lupę mój życiorys. Bo kobieta pisze tak, że zupełnie obcy człowiek staje się jak ktoś z rodziny. I nawet straszne rzeczy na jego temat nie przerażają ani nie gorszą, lecz budzą współczucie albo pobłażliwą wyrozumiałość.

Tak było z Beksińskimi. Czytając „Portret podwójny”, czułam się, jakbym z nimi mieszkała i współuczestniczyła w ich życiu. Zżyłam się z nimi. Kładłam się spać i myślami wciąż byłam przy nich. Czasem to nawet aż zasnąć nie mogłam, tak mi po głowie ci Beksińscy chodzili. Widziałam sympatyczny uśmiech Zdzisława. Bo z wyglądu to był całkiem zwyczajny facet. „Sympatyczniak” – jak sam siebie nazywał. W żaden sposób nie przystawał do stereotypowego wyobrażenia artysty. Skąd mu się wzięło takie malarstwo – taka tematyka, takie wizje? Bóg raczy wiedzieć. Ale jeśli przyjąć, że każdy z nas ma swoją ciemną stronę mocy, to być może u Beksińskiego objawiała się ona właśnie poprzez jego obrazy. Lepsze to niż gdyby miał zostać seryjnym mordercą albo gwałcicielem.
Wiele zachowań Beksińskiego budzi wesołość, jak choćby mania gromadzenia wszystkiego na zapas. Historia z papierem toaletowym rozbawiła mnie do łez. Najlepszy kabareciarz by takiej nie wymyślił. Podobnie jak ta o nerwicowej sraczce – jak sam Beksiński tę swoją przypadłość nazywał. Choć akurat sraczkę najbardziej jestem w stanie zrozumieć, bo podobnie jak Beksiński nie cierpię oderwania od BAZY, czyli domu, i każdy wyjazd wywołuje we mnie napięcie nerwowe. Może nie dopada mnie aż tak spektakularna sraczka, ale bez sensacji jelitowych się nie obywa. Beksiński generalnie wszystkiego w życiu starał się unikać. Zauważyłam, że z wiekiem u mnie także nasilają się tendencje unikowe. Więc i w tym aspekcie jego zachowanie jest dla mnie akceptowalne.
Ogólnie rzecz ujmując – facet pod względem osobowości i zachowania mocno odstawał od średniej krajowej, ale wszystkie jego obsesje i dziwactwa tworzyły fascynującą mieszankę. Nie dziwię się, że wielu ludzi tak bardzo chciało go poznać. Swego czasu dom Beksińskich w Sanoku przeżywał prawdziwe oblężenie – codziennie zjawiały się tabuny niezapowiedzianych gości, najczęściej zupełnie obcych osób, które chciały porozmawiać z artystą, zobaczyć jego prace czy miejsce, w którym tworzy. I Beksiński z wrodzonym sobie brakiem asertywności tych wszystkich najeźdźców wpuszczał i traktował z uprzejmością. Był naprawdę niezwykłym człowiekiem. Fascynującym pod każdym względem. Człowiekiem, który własne życie uczynił materią sztuki. Zastanawiam się, czy ktoś taki mógł umrzeć banalną śmiercią – na zawał, udar albo nowotwór. Pewnie by mógł. Ale dla mitu Beksińskiego jego zabójstwo wydaje się wręcz nieodzowne.

Kładąc się spać, miałam też przed oczami Tomasza – najpierw ślicznego chłopczyka o długich rzęsach, potem niby dorosłego mężczyznę, ale tak podszytego dzieckiem, że budził śmiech, irytację i współczucie jednocześnie. Próbowałam zrozumieć, skąd wzięła się jego awersja do ludzi i pragnienie samounicestwienia. Argument, że ojciec go nigdy nie przytulał, jest dla mnie raczej słabym argumentem. Wiele dzieci wychowuje się w dużo gorszych warunkach, doświadcza przemocy ze strony rodziców, a jednak nie popełnia samobójstwa, tylko próbuje – z lepszym lub gorszym skutkiem – jakoś to życie sobie ułożyć. Drugi argument – że napatrzył się w dzieciństwie na upiorne obrazy ojca i to mu zrujnowało psychikę, też mnie nie przekonuje. Ja od dziecka zdradzałam zamiłowanie do horrorów, tak książek, jak i filmów, dodatkowo jeszcze do historii kryminalnych (magazyn „997” był moim ulubionym programem, a „Krótki film o zabijaniu” Kieślowskiego oglądałam przez dziurkę od klucza w swoim pokoju – nie dlatego, że rodzice mi nie pozwolili, ale dlatego że wyświetlano go o godzinie, gdy zwyczajowo byłam już w łóżku) i w żadnym wypadku nie zrujnowało mi to psychiki, nie mam zaburzeń osobowości ani myśli samobójczych, jakoś sobie radzę sama ze sobą i z życiem.
Nie mam wątpliwości, że Tomasz był niezwykle inteligentny (wystarczy posłuchać wywiadów z nim, które bez trudu można znaleźć w internecie), bardzo zdolny i kreatywny, przy tym nadwrażliwy i chyba trochę narcystyczny. Jeśli dorzucić do tego jeszcze jego przeogromną tęsknotę za miłością totalną, to rzeczywiście miał chłopak w życiu emocjonalnie pod górkę. Ale czy to wystarczający powód, żeby odebrać sobie życie? Nie wiem. Nawet nie próbuję go oceniać. Zwyczajnie po ludzku jest mi go szkoda. Bo każdy człowiek zasługuje na szczęście. Jednocześnie wiem, że największe piekło ludzie sprawiają sobie sami we własnej głowie. I wyrwanie ich z tego piekła jest praktycznie niemożliwe. Tomasz chyba właśnie w takim piekle był. Szkoda, że wybrał śmierć zamiast życia, bo pewnie jeszcze wiele talentów krył w zanadrzu i niejednokrotnie by nas czymś zaskoczył.

Magdalena Grzebałkowska na tyle szczegółowo opisała życie Beksińskich, że mogłam je sobie bez trudu wyobrazić. I nie uważam, żeby wyciąganie intymnych szczegółów z życia portretowanych osób było jakimś nadużyciem ze strony autorki. Rolą rzetelnego biografa (czy reportażysty – bo pani Magda raczej tak się postrzega) nie jest stawianie pomnika osobie, której życie się opisuje, ale pokazanie tej osoby taką, jaka była naprawdę. Choć i tak nigdy nie będzie to prawda całkowita i ostateczna. Bo ta spoczęła w grobie wraz ze śmiercią opisywanego. Przy założeniu, że opisywany tę prawdę na swój własny temat posiadł. Bo czasem tak jest, że człowiek przez całe życie próbuje zrozumieć siebie, próbuje dojść do jakiejś obiektywnej prawdy na swój temat, i nic mu z tego nie wychodzi.

Można nie rozumieć malarstwa Beksińskiego. Można być nim zszokowanym, zgorszonym, zniesmaczonym. Może nam się to malarstwo zwyczajnie nie podobać, bo wolimy impresjonizm. De gustibus non disputandum. Można w ogóle nie interesować się malarstwem. Można nawet nie wiedzieć, że ktoś taki jak Beksiński istniał. I pokolenie „nowej matury” pewnie tego nie wie.
Można potępiać Tomasza z powodu samobójstwa. Można śmiać się z jego dziwacznych upodobań, niedojrzałości emocjonalnej, egzaltacji, narcyzmu itd. Można nie być fanem muzyki, którą Tomasz w swoich audycjach radiowych prezentował. Można krytykować jego tłumaczenia filmów, że słabe, bezsensowne, niezrozumiałe (co tam rozlubowanemu w krytykowaniu Polakowi przyjdzie do głowy). Można nie wiedzieć, że ktoś taki jak Tomasz Beksiński istniał. I pokolenie „nowej matury” pewnie tego nie wie.
Ale to wszystko nie może przekreślić obiektywnej prawdy, iż życie Beksińskich było niezwykłe pod każdym względem i że książka Magdaleny Grzebałkowskiej to fascynująca lektura, nawet dla kogoś, kto nie gustuje w biografiach. Zresztą można przeczytać tę książkę jak opowieść o życiu wymyślonych postaci, zwłaszcza, gdy nie ma się żadnej wiedzy na temat Beksińskich. Tylko nie wiem, czy jakikolwiek pisarz (nawet sam Stephen King) byłby w stanie wymyślić takich ludzi i takie życie. Szczerze w to wątpię. Takie rzeczy to tylko w realu, drodzy państwo!

Tutaj znajdziecie wywiad z Magdaleną Grzebałkowską, poświęcony jej pracy nad książką o Beksińskich. Polecam!

Dagmara

Reklamy

4 thoughts on “Jak poznałam Beksińskich

  1. uwielbiam biografie!! koniecznie muszę przeczytać tę o beksińskich, bardzo sugestywnie piszesz 🙂 filmu też nie widziałam, a ponoć wart jest obejrzenia. ja jakiś czas temu połknęłam autobiografię joanny szczepkowskiej „kto ty jesteś”. świetna.

    Lubię to

    1. Polecam wszystkie książki Grzebałkowskiej. Ta o księdzu Twardowskim nie ustępuje w niczym Beksińskim. Byłam zaszokowana, że ksiądz Jan od biedronki był takim dziwacznym człowiekiem. Film o Beksińskich bardzo bym chciała zobaczyć. Tak jak i „Pokot” Holland, który właśnie wszedł do kin. Był kręcony w moich rodzinnych stronach, więc tym większy jest mój sentyment do tej opowieści. Książkę Tokarczuk czytałam – świetna! Uwielbiam takie klimaty. A i temat strzelania do zwierząt dla przyjemności też ciągle aktualny.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s