Bez kategorii

Asia

dziewczyny3Z Asią znamy się od zerówki. Razem przez całą szkołę podstawową i liceum. Obie urodziłyśmy się w styczniu – Asia w pierwszym jego tygodniu, ja w ostatnim. Począwszy od znaków zodiaku prawie wszystko nas w dzieciństwie różniło. Asia była jedynaczką, ja miałam trzy siostry. Asia mieszkała w domku pod lasem, ja w starej kamienicy w centrum miasta. Asi mama pracowała zawodowo, moja zajmowała się domem. Mój ojciec pracował w państwowym zakładzie, Asi jeździł taksówką. Już samo to, że miał samochód, było w tamtych czasach sporym luksusem. My samochodu nie mieliśmy, potem dopiero ojciec kupił starą syrenkę.

Tak więc miałam podstawy, by zazdrościć Asi. Wydawało mi się, że jako jedynaczka wiedzie życie sielskie i dostatnie. Ale że z natury mało zazdrosna jestem, to jej nie zazdrościłam. No, może tylko trochę tego, że jest jedynaczką. I że ma swój pokój. A ja musiałam się kisić w małej klitce z trzema młodszymi siostrami. W dzieciństwie człowiek ma zupełnie inną perspektywę w ocenie sytuacji. Na ogół zupełnie nieprawdziwą. Dlatego ani życie Asi nie było tak sielskie, ani moje tak beznadziejne. Dziś z perspektywy czasu, wiedząc nieco więcej, niż wiedziałam wtedy, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że to Asia miała gorzej.
Nasze drogi rozeszły się po maturze, choć obie postawiłyśmy na studia humanistyczne. Ja wybrałam polonistykę we Wrocławiu, Asia germanistykę w Wałbrzychu. W czasie studiów spotykałyśmy się od czasu do czasu, zwykle u Asi w domu, żeby poplotkować o studenckim życiu. Pamiętam te opowieści Asi o strasznym Herr Ludwinie (tylko nie mogę sobie przypomnieć, czego nauczał). Jej zmagania z Parzivalem czytanym w oryginale  (chyba to był Parzival…). Wreszcie nieśmiałą wzmiankę o panu, któremu udziela korepetycji, i on coś chyba „teges” do niej. A może to ona coś „teges” do niego?… Po tylu latach trudno przypomnieć sobie takie szczegóły.
Potem jakoś nasz kontakt się rozluźnił. Mimo że po studiach podjęłyśmy pracę w szkołach w naszym rodzinnym mieście – Asia w podstawówce, ja w gimnazjum. Czasem wpadłyśmy na siebie na ulicy, wtedy była okazja do pogadania i nadrobienia zaległości w temacie: co u ciebie słychać. Na ogół narzekałyśmy na pracę w szkole. Asi dużo trudniej było się w tym zawodzie odnaleźć niż mnie. Ona została szczęśliwą żoną znanego mi wówczas dość powierzchownie Bonda (czytaj: Bogusława), ja szczęścia w miłości raczej nie miałam, więc na ogół byłam singielką. Jakoś się nam to życie turlało. Ja potem zamieniłam szkołę na urząd miejski, Asia ze szkoły zrezygnowała. W międzyczasie zmarła jej mama, którą do dziś wspominam bardzo ciepło i serdecznie. Wreszcie i ja znalazłam swojego męża, wyjechałam do stolicy i tyle mnie widziano. Mój kontakt z Asią odnowił się niespodziewanie dzięki mojemu dziecięciu. Dzieci są specjalistami od budowania mostów między ludźmi, choć najczęściej robią to zupełnie nieświadomie.
Kiedy Asia dowiedziała się, że jest ci u mnie jakowaś Rozalka (a dowiedziała się z życzeń świątecznych wysłanych sms-em, bo je podpisałam, wymieniając każdego z osobna), poczuła naglącą potrzebę rozmowy ze mną. Bo wierzyć się dziewczynie nie chciało, że ta, co niegdyś tak się zarzekała, że dzieci mieć nie chce, dziecko porodziła! Ot, kinder niespodzianka…
I tak się zaczęła reaktywacja naszej znajomości, którą dziś już chyba mogę nazwać przyjaźnią. Bo zwykłej koleżanki to ja bym nie zaprosiła do współredagowania bloga. To musiał być ktoś o podobnej wrażliwości i emocjonalności, dla kogo ważne jest to samo co dla mnie. I z Asią tak właśnie jest. Może dlatego, żeśmy obie styczniowe. Nawet migrenę mamy wspólną. I te demony, co nas czasem dopadają, takie podobne…
Wyczułam też intuicyjnie, że Asi ten coming out za pośrednictwem bloga jest bardzo potrzebny, że dziewczyna ma ochotę rozwinąć skrzydła i poszybować w rejony, w które – jak dotąd – nie miała odwagi się zapuścić. Ja miałam bardzo podobne odczucia. Więc te czterdzieste urodziny spadły nam jak z nieba. Okazały się idealnym pretekstem, żeby w ramach pozytywnej zmiany i otwarcia na nowe zamiast botoksu zafundować sobie bloga. I jedno, i drugie na „b”, ale stwierdziłyśmy, że wolimy likwidację zmarszczek intelektualnych niż mimicznych.
Tak więc Asia to ważna osoba w moim życiu. Serdeczna, życzliwa, empatyczna. Siostra rodzona nie zapyta, jak się czuję i co słychać, a Asia w tym czasie już trzy razy zdąży o to zapytać. I jeszcze modlitwą wesprze.
Ostatnio po lekturze Długiego filmu o miłości Jacka Hugo-Badera o tragicznej wyprawie polskich alpinistów na Broad Peak w 2013 roku, podzieliłam się z Asią takim cytatem z tejże książki: „Jeśli jeden nie ma już siły, to trzeba spróbować mu pomóc. Czynnie. Ciągnąć za uprząż, kopać po tyłku. Zmusić go, by szedł”. To się nazywa braterstwo liny. Pięknie się nazywa… Gdyby tak wszyscy ludzie, niezależnie od wysokości, na jakiej się znajdują, łączyli się ze sobą braterstwem liny, pewnie mniej mielibyśmy depresji, załamań, uzależnień, samobójstw…
Ja w każdym razie czuję się połączona z Asią braterstwem liny. I jeśli będzie trzeba to za tę jej uprząż pociągnę. I w tyłek kopnę. Bo szczyty zdobyte we dwójkę cieszą bardziej.
Dagmara
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s