Jak Rozalka została Rozalką

shoe-1865995_1280Najgorzej być nauczycielem, bo jakiego imienia by się nie wybrało dla swojego dziecka, będzie się to imię kojarzyć z jakimś uczniem, niekoniecznie ulubionym. No chyba że wybrałoby się imię kompletnie niepopularne, jak Imogena, Kunegunda, Sulpicjusz czy Justynian. Tylko kto przy zdrowych zmysłach nazwie tak swoje dziecko.

Kiedy zaszłam w ciążę, od razu miałam przeświadczenie, że to będzie dziewczynka, gdyż w mojej rodzinie na ogół rodzą się dziewczynki. Dlatego nie zaprzątałam sobie w ogóle głowy imieniem dla chłopca. I do dziś mam poważny problem ze wskazaniem imienia, które miałby nosić mój potencjalny syn. Pamiętam, że w końcówce ciąży miałam koszmarny sen, w którym wydawałam na świat syna i naciskana przez personel szpitala, bym podała imię chłopca, nie byłam w stanie nic wymyślić, bo przecież to miała być dziewczynka! Continue reading „Jak Rozalka została Rozalką”

Jak zostałam matką jaskiniową

gorillas-1097143_1280

Pora opowiedzieć Wam trochę, jak się sprawy mają z moim macierzyństwem. Bo przecież nie będę udawać, że nie ma tematu, skoro temat, już prawie czteroletni, biega po domu i każdego dnia wystawia moją cierpliwość na próbę.

Matką-Polką zostałam późno, bo w wieku 37 lat. Dlaczego tak późno? Bo najpierw długie lata nie czułam instynktu macierzyńskiego, potem nie było odpowiedniego kandydata na ojca, a gdy wreszcie kandydat się znalazł i we mnie instynkt macierzyński nikły, bo nikły, ale się pojawił, to nie od razu w ciążę zajść się udało. Właściwie byłam przekonana, że w ogóle się nie uda. Mentalnie nastawiałam się już na peregrynację po specjalistach, badania, leczenie i być może nic z tego. Nie, do in vitro by nie doszło. Aż tak zdeterminowana, żeby zostać matką, nie byłam. I bynajmniej z moralnego punktu widzenia nie mam żadnych oporów co do in vitro. Podziwiam kobiety, które chcą przez to przechodzić. Bo jak wiadomo, in vitro nie daje stuprocentowej gwarancji, że zostanie się matką. Ale mocno rozbudza nadzieję. I gdy potem, po iluś nieudanych próbach ta nadzieja zostaje pogrzebana, to jest to naprawdę straszne. Continue reading „Jak zostałam matką jaskiniową”

Share Week 2017 – wiosenny przegląd ulubionych blogów

like-1804599_1280Jest taki jeden facet, choć z wyglądu bardziej chłopak. Nazywa się Andrzej Tucholski. Twarz sympatyczna i jak dla mnie nieco brytyjska z wyglądu. I ten facet w 2012 roku na swoim blogu zainicjował super akcję pod nazwą SHARE WEEK. Starzy blogowi wyjadacze na pewno wiedzą, o co w tej akcji chodzi. Początkującym (do których i ja się zaliczam) wyjaśnię, że chodzi o rekomendowanie przez twórców działających w internecie swoich ulubionych innych twórców. Zasada jest taka, że blogerzy polecają blogerów, youtuberzy – youtuberów, a podcasterzy – podcasterów. To taki bardzo miły ukłon w stronę ludzi, którzy dzięki swojej twórczości coś dla nas znaczą. A najfajniejsze w SHARE WEEK jest to, że można polecić blog jeszcze nikomu nieznany, który czytamy tylko my. Nasza rekomendacja może się okazać dla tego nikomu nieznanego bloga prawdziwą trampoliną do popularności. Continue reading „Share Week 2017 – wiosenny przegląd ulubionych blogów”

W tym roku nie czekam na wiosnę

branch-277735_1280Wiecie, że z czekania na wiosnę można wyrosnąć? Mnie właśnie coś takiego się przydarzyło. Widocznie, im człowiek starszy, tym wiosna jest mu mniej do szczęścia potrzebna. Ale po kolei.
Urodziłam się w styczniu, więc pierwszą porą roku, z jaką się zetknęłam, była zima. Taka z prawdziwego zdarzenia, mroźna i śnieżna. Bo wtedy takie zimy to była normalka. Na starych fotografiach leżę na sankach opatulona w śpiworek i w ten sposób odbywam zimowe przechadzki. I oczywiście nie mam zielonego pojęcia, że istnieją cztery pory roku, a to, co aktualnie przesuwa się przed moimi oczami, to zima. Continue reading „W tym roku nie czekam na wiosnę”

Tańszy zamiennik

books-1605416_1280Czasem tak mam, że zacznę pisać jakiś post i piszę go, piszę jak natchniona, już prawie dobiegam końca, jeszcze tylko puentę inteligentną, skłaniającą do refleksji wymyślić pragnę, gdy nagle BUM! natchnienie diabli biorą. I tekst zamiera taki niedokończony na tydzień, miesiąc, pół roku albo na wieki wieków amen. W międzyczasie zaczynam pisać kolejne posty, z których jedne od razu trafiają na bloga, a inne dołączają do swoich niedokończonych braci, skoszarowanych pod szyldem „Szkice”, by tam poczekać na lepsze czasy.
Ten post też miał być zupełnie o czym innym. O czekaniu, a właściwie o nieczekaniu na wiosnę. Ale się jeszcze nie napisał. Bo różne – takie tam… – przeszkody na drodze ku puencie się pojawiły. Więc ten dzisiejszy post to tańszy zamiennik, żebyście jednak choć parę słów ode mnie łyknęli ku poprawie stanu zdrowia i samopoczucia Waszego. A ten prawdziwy post już NAPRAWDĘ niebawem. Continue reading „Tańszy zamiennik”

Gdyby można sobie było wybrać miejsce urodzenia…

img1488301387275Gdyby można sobie było wybrać miejsce urodzenia, pewnie wszyscy urodzilibyśmy się w Paryżu, w Rzymie albo w Nowym Jorku. My, Polacy, ewentualnie wybralibyśmy Kraków albo Warszawę. Na szczęście nie mamy wyboru. W przeciwnym wypadku średnie i małe miasta, miasta prowincjonalne, miasta o dziwnych, nikomu nieznanych nazwach, miasta o nazwach śmiesznych i niedorzecznych, podupadłe wsie i zapomniane przez Boga wioseczki skazane byłyby na zagładę.

Czasem trzeba całe życie przeżyć, żeby zrozumieć, że to Piekło, ten Pacanów, te Górki Wielkie, ta Złotoryja, ten Jugów, ta Mała Wieś przy Drodze, ten Koniec Świata, ta Nowa Ruda były nam przeznaczone. I że bez tych miejsc nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. Continue reading „Gdyby można sobie było wybrać miejsce urodzenia…”

Jak poznałam Beksińskich

img_20170221_132102Zakochałam się. Nie, nie w Beksińskich! Zakochałam się w pisarstwie Magdaleny Grzebałkowskiej. Najpierw przeczytałam książkę „1945. Wojna i pokój”. Tak mi się spodobała, że szybko pobiegłam do biblioteki po dwie kolejne – o księdzu Twardowskim („Ksiądz paradoks”) i o Beksińskich („Beksińscy. Portret podwójny”). I mam nadzieję, że autorka pracuje już nad jakąś nową książką, bo jeśli tylko na tych trzech miałaby poprzestać, to ja się tak nie bawię!
I wiecie, co? Gdybym była znaną osobą, zapisałabym w testamencie, że życzę sobie, by moją biografię napisała pani Grzebałkowska. I niechby się nawet dogrzebała do rzeczy kompromitujących. Nawet specjalnie mogłabym się dla niej skompromitować. Byle tylko wzięła pod lupę mój życiorys. Bo kobieta pisze tak, że zupełnie obcy człowiek staje się jak ktoś z rodziny. I nawet straszne rzeczy na jego temat nie przerażają ani nie gorszą, lecz budzą współczucie albo pobłażliwą wyrozumiałość. Continue reading „Jak poznałam Beksińskich”